Czytanie na dziś: czytaj dalej
Kim Nataraja Konferencje

KIM NATARAJA

Kim Nataraja urodziła się w Holandii. Od 1960 roku mieszka w Londynie wraz z mężem i dwójką dzieci. Jest emerytowanym wykładowcą języków nowożytnych. Od 1999 roku kieruje Szkołą Medytacji Chrześcijańskiej w ramach której prowadzi wykłady z cyklu Chrześcijańskie korzenie mistycyzmu. Kim jest benedyktyńskim oblatem WCCM, dyrektorką Szkoły Medytacji i członkiem założycielem towarzystwa Bede Griffiths Sangha. Aktywnie wspomaga prace WCCM na polu dialogu międzyreligijnego. 

Uspokoić ciało i umysł

 

W naszej zachodniej kulturze wychowywano nas do niedawna w braku poszanowania dla ciała. W najlepszym przypadku traktujemy je jako wehikuł dla umysłu i życie nasze toczy się głównie w myślącej głowie. Tymczasem jest rzeczą zasadniczą stawać się coraz bardziej świadomym swego ciała i poświęcać należą mu uwagę. Bo w rzeczywistości ciało jest lustrem umysłu i nerwowość myśli widoczna jest w naszych członkach. I przeciwnie, wynikiem zdrowego ciała jest zdrowy duch.

 

Stąd pomocne jest przed rozpoczęciem medytacji rozprężenie i rozluźnienie ciała. Ćwiczenia, które mogą tu przyjść z kapitalną pomocą oferują praktyki takie jak joga, Tai Chi i Chi Kong. Stawanie się coraz bardziej świadomym oddechu i ciała jest gruntem, na którym wzrasta nasza uważność i czujność – owe nieodłączne elementy medytacji. Rozluźniona, wyprostowana medytacyjna postawa zalecana jest przez wiele tradycji. Nie ma to żadnego znaczenia, czy siedzimy prosto na krześle, czy też trwamy w postawie pełnego lotosu, tak długo, jak wybrana pozycja pozwala nam na utrzymanie kręgosłupa w prostej zrelaksowanej postawie przez cały czas medytacji. Wówczas klatka piersiowa jest w pełni otwarta, umożliwiając optymalny dopływ tlenu do wszystkich części naszego ciała, co z kolei pozwala nam zachować czujność i nie popaść w drzemkę. Stopy lub kolana muszą być solidnie oparte o ziemię, by nasza pozycja była w pełni ukorzeniona. Jak pisał John Main: „[…] postawa jest zewnętrznym znakiem naszego wewnętrznego zobowiązania dyscyplinie medytacji. Zakorzeniając się w samych sobie, zakorzeniamy się na naszym miejscu w porządku stworzenia”. Większość tradycji zaleca siedzenie z „otwartymi dłońmi skierowanymi ku górze lub ku dołowi z kciukiem i palcem wskazującym złączonymi razem”.(John Main). W tradycjach wschodnich tak złączone oba palce oznaczają zamknięcie obwodu cyrkulacji energii. Poza tym jest to doskonały sposób na zachowanie czujności: kiedy rozprasza się nasza uwaga wtedy z reguły nasze palce rozchodzą się.

 

Niepokój i stałość

 

Siedzenie bez ruchu w jednym miejscu jest pierwszą trudnością w praktyce medytacji. Jesteśmy przyzwyczajeni do bycia w ciągłym ruchu, tak że siedzenie bez jakiejkolwiek aktywności wydaje się dosyć zniechęcającą propozycją. [...]. Tymczasem faktem jest, że nasz niepokój kończy się często stratą czasu poświęconego myślom trywialnym, zamiast skupienia się na jednej rzeczy konstruktywnej. Śnimy na jawie planując i zamartwiając się bez przerwy. Po niedługim czasie męczy to nas i rozpoczy-namy poszukiwania czegoś do zrobienia. Czegoś do oglądnięcia lub do przeczytania. Tak nawykliśmy do reagowania na bodźce z zewnątrz, że ich brak wprowadza nas w stan niepokoju. Owa nerwowość mieści się w naszych genach. Wszyscy nasi przodkowie byli koczownikami w nieustannej pogoni za żywnością. Doskonale widać to w zachowaniu niemowlaków. Każdy rodzic wie, że płaczące dziecko można uspokoić kołysaniem, noszeniem na rękach lub przejażdżką w wózku. Stąd nieruchome trwanie w jednym miejscu jawi się nam, jako działanie wbrew naturze. Zezwolenie naszemu ciału na nic-nie-robienie jest pierwszym krokiem na drodze do poradzenia sobie z naszą wrodzoną nadaktywnością. Trwanie w tej dyscyplinie sprawia, że powoli wygasa ciśnienie przemieszczania się i wzrasta w nas przekonanie o wartości bezruchu i ciszy.

Ojcowie i Matki Pustyni, na których praktykach modlitewnych bazuje chrześcijańska medytacja, podkreślali to nieustannie: „Brat z Scestis poszedł po radę do Abby Mojżesza, a ten mu poradził tak: Wracaj do swojej celi, ona nauczy cię wszystkiego”.

Chociaż nadaktywność jest cechą ogólnoludzką, to szczególnie widać ją na Zachodzie. Jesteśmy zawsze w ruchu, ciągle w coś zaangażowani, nierzadko uwikłani w kilka projektów na raz. Dotyczy to szczególnie tych, którzy mieszkają w dużych skupiskach miejskich. Ciągle są oni dokąś w drodze: a to do pracy, to na rozrywkę, w odwiedzinach u przyjaciół. Widać to również w niestałości i nieprzywią-zywaniu się do miejsc, stąd taka duża ilość coraz to nowych restauracji, barów, a nawet i zmienność w kręgu przyjaciół. Nasza zachodnia kultura zdominowana jest przez ego wraz z jego bezustannym robieniem i zdobywaniem.

Więcej w nas robienia niż bycia: Nie siedź tak bezczynnie, rusz się w końcu i zrób coś pożytecznego! Już jako dzieci mieliśmy wypełniony terminarz zajęciami artystycznymi lub edukacyjnymi, szczególnie kiedy przyszło nam mieć nadambitnych rodziców. Siedzenie i marzycielstwo nie były w cenie. Ile razy słyszymy dzieci z ich bezustannym „Nudzi mi się”, kiedy nie robią czegoś, co je bez reszty pochłania lub nie przychodzi im do głowy nic, co mają ze sobą dalej zrobić. Owa nerwowość daje też znać o sobie w syndromie „duchowego skakania z kwiatka na kwiatek”: zmianie jednego nauczyciela na następnego, nigdy przy żadnym nie zagrzewając na dłużej miejsca.

 

Ojcowie Pustyni patrzyli na to surowym okiem: „Jeżeli przyjdzie ci znaleźć się w klasztorze, to nie opuszczaj go. Tak jak ptak, który porzucając swoje gniazdo pełne jaj, nie daje im się wykluć, tak zakonnik lub zakonnica tracą swój zapał i stygnie ich wiara, gdy nie trzymają się jednego miejsca” (Amma Syncletica). Św. Benedykt, którego poprzez pisma Kasjana, bardzo zainspirowała praktyka pustyni, ustanowił stałość jako jedną ze swych kardynalnych zasad. Już w pierwszym rozdziale swej Reguły wyraża się on bardzo krytycznie o niestałych zakonnikach, nazywając ich gyrovagues, co to nigdzie nie usiedzą, wiecznie przemieszczając się od klasztoru do klasztoru. Niestety przywiązanie do miejsca nie było szeroko przyjętą zasadą w naszym zachodnim monastycyzmie, choć problem ten nie był obcy tradycjom prawosławnym, hinduistycznym buddyjskim, gdzie zmiana nauczyciela była dość powszechnie akceptowana i praktykowana. Za tym niestety szła też zmiana praktyki. Chociaż przychodzi nam czasem wypróbować kilka różnych dyscyplin duchowych – choć i tak większość z nich posługuje się tymi samymi metodami wkroczenia w sferę ciszy – to w końcu musimy zdecydować się na jedną i pozostać jej wiernym na zawsze, by przy jej pomocy wejść w głąb, ku naszym korzeniom. W przeciwnym razie przyjdzie nam ślizgać się tylko po powierzchni i przytrafi się nam to, co przydarzyło się owemu farmerowi z następującej historii: Pewien farmer postanowił wykopać na swoim polu studnię. Ktoś powiedział mu, że dawno temu była już na tym polu studnia i że na pewno pod ziemią znajduje się źródło wody. Zabrał się więc ochoczo do pracy i przez jakiś czas kopał głębiej i głębiej. Jednak kiedy mimo ciężkiej pracy nie ukazała się żadna kropla wody, pomyślał, że może kopie w złym miejscu i że z pewnością będzie miał więcej szczęścia próbując kawałek dalej. I znów włożył w kopanie studni całe swoje serce, ale i tym razem po całym dniu ciężkiego kopania nie dokopał się do wody. I tak rozczarowany brakiem efektów swej pracy, rozpoczynał kopanie w coraz to nowych miejscach, by w końcu zostać z polem pełnym dziur i brakiem studni. A gdyby tylko zdecydował się na wytrwałe kopanie w jednym z miejsc, to na pewno dotarłby do Źródła i wytrysnęłaby zeń woda.

 

Stałość, jako przeciwieństwo nerwowości i niepokoju, ma znaczenie podstawowe. Trzeba nam wewnętrznie stać na solidnym gruncie, zakorzenienić się w nim duchowo i psychicznie. Trzeba nam stać się: "nieruchomym punktem obracającego się świata" (T.S. Eliot). To zakorzenienie będzie z nami nie tylko podczas czasu medytacji, ale w końcu stanie się właściwością naszego ducha. Pozwoli nam na przemianę życia tak, że nasze działanie będzie wypływało z samego środka naszego bytu.

 

 

 

fot. wccm.pl

 

 

 

Print Friendly and PDF