Felietony o. Freemana 

Poniższe felietony ojca Freemana ukazały się w brytyjskim czasopiśmie chrześcijańskim THE TABLET.  Przedruk za pozwoleniem.

 

Skellig, sierpień 2010     

  

Czasami dobrze jest nie wiedzieć wszystkiego. Kiedy nasza mała łódka w drodze do Skelling przebijała się przez pianę wiecznie zmieniających swój kształt fal, angielski pielgrzym, nie bardzo zdając sobie sprawę, dokąd zmierza, zapytał: „Co u licha kazało im to przybyć?”. Miał na myśli celtyckich mnichów, którzy między VI a XIII wiekiem modlili się na tej nagiej skale o wysokości 250 m, sterczącej na środku morza ok. 13 mil od wybrzeża Kerry. Jeżeli istniała odpowiedź na to pytanie, to utonęła ona w wietrze i morskiej pianie. Siedzący obok Irlandczyk wyglądał na lepiej zorientowanego, ale nie odezwał się słowem. I chociaż dawno już zastąpił białą magię irlandzkiego katolicyzmu jego new agewskim urokiem, to wydawało się, że zostało w nim coś z wyczucia tego niezwykłego miejsca, które mieliśmy zwiedzać.

 

Najpełniej wysłuchane modlitwy to takie, które nigdy nie zostały wypowiedziane. I tak, w tym miejscu łaską wydawały się jasne promienie słońca, które ni stąd ni z zowąd rozpraszały chmury. Zbliżaliśmy się do klasztornej wyspy w pełnym przepychu niebieskiego nieba i ciężko unoszącego się morza; przed nami dwie wyspy Skellig: jedna będąca sanktuarium ptaków, druga sanktuarium ducha.

Filtrem codzienności blokujemy oślepiające światło świętości. Rozmawialiśmy o dwóch turystach, którzy rok temu zginęli na Skellig słuchając powtarzających się upomnień opiekunów wyspy, a dotyczących bezpieczeństwa poruszania się po niej. Latarnia morska po drugiej stronie wyspy działa dzisiaj automatycznie, ale kiedyś obsługiwali ją latarnicy mieszkając tutaj tygodniami. Dowozili ich do wyspy i zaopatrywali w żywność heroiczni żeglarze kompani Irish Lights, kapitanem jednej z łodzi był mój dziadek Mike Sullivan. Za każdym razem kwaterowało tu wraz z rodzinami 3 latarników, na wypadek gdyby jeden z nich postradał zmysły, wówczas dwóch pozostałych miałoby szanse go obezwładnić. Może dlatego przebywa na niej dzisiaj trzech jej opiekunów. Z zawodu są archeologami, ale potajemnie trzyma ich na wyspie ta sama potrzeba samotności, tak jak to było w przypadku latarników, a jeszcze przedtem celtyckich mnichów.

 

Cokolwiek można by powiedzieć o historii Skellig, to są to tylko domysły. Tak, jak się to ma z „historycznymi” miejscami w Ziemi Świętej i tym „co naprawdę” wydarzyło się w historiach ewangelicznych, nie ma to większego znaczenia. Co się liczy, to nasze poczucie obecności w miejscu lub wobec Słowa, które do nas przemawiają. Wspinaczka po 500 schodach na szczyt skały to ciężka praca, może tak samo, jak trudne jest uniesienie się duszy. I tak jak w życiu, na drodze wzwyż znajdowały się od czasu do czasu miejsca na odpoczynek, jednak zawrócić z nich nie było jak. Poczułem pierwsze przebłyski mojego ego, kiedy inni odwiedzający zakłócali mi tok myśli, czy też rytm kroku podczas wspinaczki, zatrzymując się by zrobić zdjęcie. Mnisi, którzy tu mieszkali musieli dobrze znać samych siebie, inaczej by nie przetrwali razem.

 

Żyli w ciasnej enklawie otoczonej murem, w której to zbudowali sześć chat w kształcie pszczelego ula, jedna z nich służyła za kuchnię i miejsce spotkań. Na jej terenie mieściły się jeszcze dwa oratoria, zbudowane pod osłoną zakrzywionej części szczytu skały. Jedna z wielu legend głosi, że w XIV wieku przybył na wyspę „król świata” Daire Domhain, by zebrać siły przed decydującą bitwą. Może ten tytuł królewski brzmi zbyt pompatycznie, ale tak się zapewne poczuł, kiedy patrzył na świat wokół ze szczytu Skellig.

 

Co zadziwia jednak najbardziej, to fakt, że to wyludnione i często niedostępne miejsce było zarówno miejscem odosobnienia jak i wspólnoty. Bo gdyby chciano tylko uciec od życia, to, dlaczego mieszkało tu 12 mnichów dzieląc chatki we dwoje? Archeolodzy odkryli pozostałości pustelni na szczycie południowej góry, ale w przeważającej części Skelling była miejscem wspólnego życia i modlitwy. Spożywano posiłki, modlono się, dzielono obowiązkami. Zmarłych grzebano na niewielkim cmentarzu, uprawiano warzywa na skrawku roli, zbierano wodę do picia i wybierano mewom jaja z gniazd. Niczym nie przypomina to współczesnych „odosobnień” kawalerek singli naszych miejskich aglomeracji. Zdumiewa, jak musiało wyglądać tutaj codzienne i zwykłe życie.

Tak więc naprawdę pozostaje pytanie: „Co u licha ich tu przygnało”?

 

Wystarczy odłożyć na pół godziny aparat fotograficzny i spędzić je w jednej z chatek, by poczuć coś z odpowiedzi – wstręt lub euforię. Albo byli oni chorymi społecznie pomyleńcami albo znaleźli w swoim życiu coś, co chcieli głębiej poczuć właśnie tutaj. Prawdopodobnie zakochani w miłości, z której nie da się odkochać. Kiedy mnisi opuścili wyspę na zawsze, stała się ona miejscem pielgrzymek i pokuty. Przyciągała pięknem swej surowości. Zamieniła się w sanktuarium bliskości, pokoju i czystej miłości.

fot. internet

Bere Islands, czerwiec 2010

Aisling (wymawiane Ashlin), to irlandzkie imię oznaczające piękny sen, albo wizję. Z pewnością była tym dla swoich rodziców Jacka i Anny Sullivan, swoich czterech braci i wszystkich, którzy ją znali. Była małym chochlikiem o blond włosach, doskonała, pełna zaraźliwej miłości do życia i przygody, w niewinny sposób pewna swego uroku, któremu nie można było się oprzeć. Uwielbiała różowy kolor, uwielbiała tańczyć, robić watę cukrową, medytować, słuchać ciągle od nowa swoich ulubionych książeczek, turlać się po podłodze ze swym rodzeństwem…

Kiedy miała pięć i pół roku, na kilka dni przed tragicznym wypadkiem, wyszła z samochodu na molo na wyspie Bere. Ku przerażeniu Anny wskoczyła na murek oddzielający molo od wody. Zaczęła po nim iść nad wysokim urwiskiem łapiąc równowagę z leżącą w jej naturze pełną szczęścia pieczołowitością i pewnością siebie. Przekonano ją wreszcie, aby zeszła z murku i później już w domu dla utrwalenia lekcji zabroniono przez pięć minut opuszczać pokoju.


Niedający się przewidzieć, ani zapobiec wypadek zakończył jej radosne dni na tym świecie. Tańczyła w salonie i ściągnęła na swoją złotą główkę gzyms kominka. Kiedy tylko Anna to zobaczyła natychmiast zdała sobie sprawę, jako pielęgniarka oddziału intensywnej opieki medycznej i jako matka, że stało się coś strasznego i Aisling stanęła na progu śmierci.Przez kilka dni trzymała ją przy życiu szczątkowa aktywność elektryczna w pniu mózgu. Ilość urządzeń aparatury medycznej otaczające jej malutkie łóżeczko wydawała się nieproporcjonalna w porównaniu do starszych pacjentów zajmujących sąsiednie łóżka na OIOM-ie w szpitalu w Cork. Natura i technika stanęły ze sobą w szranki. Monitory pokazywały, że jej mózg jest nieodwracalnie uszkodzony. Aparatura wspomagająca oddychanie i kroplówki podtrzymywały oddech.


Ale technologia, to tylko część większego obrazu tej tragedii. Podarowała ona bezcenny czas, aby wokół Aisling zgromadziła się rodzina, a jej rodzice i bracia zaczęli się przyzwyczajać do czeluści, która tak nagle i podstępnie otworzyła się przed nimi i która w jednej chwili na zawsze odmieniła ich życie. Nie ma w życiu wielu takich momentów, w których od razu wiesz, że nigdy nie będziesz w stanie, albo nawet nie będziesz chciał ich zapomnieć, jakkolwiek okropne by one nie były. Kiedy się zdarzają, zostajemy przytłoczeni ogromem tajemnicy życia, przez którą przechodzimy i której obywatelami jesteśmy, a delikatność i piękno świata wokół wydają się wtedy nie do zniesienia.

Kiedy natura i technologia dały za wygraną i Aisling zmarła w ramionach swoich rodziców, jej bracia, przygotowani mądrze na nieuchronny koniec pomogli umyć jej ciało. Działo się to przecież w Irlandii, gdzie śmierć jest częścią życia. Kiedy wrócili na wyspę ze szpitala zobaczyli, że sąsiedzi i przyjaciele wysprzątali dom, skosili trawę i przygotowali dodatkowe łóżka dla krewnych z Ameryki. Księża z parafii dużo w tym czasie nauczali i przygotowywali się do liturgii uwzględniając poszczególne życzenia członków rodziny.


Czuwanie trwało kilka dni, bo tak wiele osób przychodziło złóżyć kondolencje, usiąść i porozmawiać. Dawni, w podeszłym już wieku pacjenci, którymi opiekowała się Anna w mieście, a którzy teraz wychodzili z domu tylko po to, żeby pójść do lekarza, przybywali promem, by wziąć udział w żałobie. Zwaśniony sąsiad wyciągnął rękę na zgodę. Uśpione przyjaźnie odżyły. Spojrzenie, uścisk, kilka słów komunikowały, że złamane serce wstrząsa wszystkimi sercami.

Tylko przez wrota serca skruszonego

Wnijdzie w człowieka Chrystusowe tchnienie”*

Złamane serce otwiera drogę innym ośrodkom świadomości, z którymi szuka zjednoczenia i kiedy nasze serca są „dotknięte”, wówczas uciekają od zaskorupiałych wspomnień i złych uczuć, które je zamykają. To może właśnie z tego powodu czujemy jakąś dziwną wdzięczność i cześć dla tych bezpośrednio dotkniętych tragicznym cierpieniem. Nie zdając sobie wtedy z tego sprawy - tak jak Aisling, kiedy  błogosławiła wszystkich wokół swym pełnym szczęścia życiem - teraz ci którzy cierpią, uczą i prowadzą innych. Ludzkie współczucie jest naturalną siłą i kiedy jest przebudzone, wyzwolona zostaje nieprzewidywalna energia (choć może w chwili nieszczęścia niezrozumiała), który nazywamy łaską. Tragedia popycha nas na przerażający brzeg przepaści, ale kiedy już spadamy, to odkrywamy, że jesteśmy niesieni, jak na niewidocznych prądach powietrza.

 

Te pełne tajemnicy, niewypowiedzialne, choć namacalne dotknięcia łaski pośrodku tragicznej straty żądają wyrazu. Msza pogrzebowa i miejscowe tradycje odegrały właśnie taką rolę łącząc w sobie to, co pradawne i bezosobowe, z tym, co jest całkowicie indywidualne i spontaniczne. Ludzie nie zmieścili się w kościele na wyspie. Ci na zewnątrz mieli ustawione głośniki DJ’a, aby mogli słyszeć, co dzieje się w środku. Mogłoby to być zachowanie naganne dla kilku agresywnych ateistów, gdyby ktokolwiek czuł, że warto z nimi dyskutować. Wiele sposobów, na jakie ludzie odpowiadali na tragedię było samo w sobie uzdrowieniem i nadaniem sensu, jakiego domaga się ludzki ból. Bóg nie sprawia, że rzeczy się dzieją. Bóg jest z nami.

 

*Ballada o więzieniu w Reading, Oscar Wilde. tłum. Adam Wołek, Kraków 1976. przyp. tłum.

 

Londyn, maj 2010 

Szpital

 

Zanim wstałem, by wyjść, bezmyślnie jak dwulatek, sięgnąłem po ozdóbkę, która stała obok na półce. Była to jedna z tych błyszczących, polerowanych, kamiennych kulek, które tak łatwo wprowadzić w ruch, że nie nadają się nawet na przycisk do papieru. Przez chwilę trzymałem kulkę w dłoni podziwiając piękno kamienia, a gdy chciałem ją odłożyć wyślizgnęła mi się z dłoni. Próbowałem złapać ją drugą ręką, ale wypadła mi i boleśnie uderzyła mnie w mały palec. Gdy minął pierwszy, gwałtowny ból, zauważyłem, że mój palec ma zupełnie nowy, interesujący kształt.

 

Postrzeganie swojego ciała w inny sposób, nawet jeśli chodzi o tak małą jego część jak palec, zupełnie zmienia naszą percepcję świata. Wyobraźcie sobie, co dzieje się przy zmartwychwstaniu! Kusiło mnie, żeby siłą przywrócić palec do jego normalnej pozycji, ale poradzono mi, bym tego nie robił. Nikt nie wiedział, w którą stronę należało go wygiąć czy pociągnąć. Palec trochę pulsował, ale był sztywny. Czułem się niekomfortowo, byłem bezradny i potrzebowałem pomocy.

 

W jej poszukiwaniu udałem się na izbę przyjęć szpitala St Mary’s Paddington, gdzie na jednej ze ścian ujrzałem podnoszącą na duchu tabliczkę informującą, że w tym właśnie budynku Alexander Fleming odkrył penicylinę  – w roku mego urodzenia, może to swego rodzaju karmiczne połączenie. Jak większość londyńskich szpitali St. Mary’s Paddington miał w sobie coś domowego, panował tam lekki nieład, a budynek zdecydowanie nie przypominał szklano-metalowych przybytków higieny znanych z telewizji. W każdym razie panowała w nim przyjazna atmosfera. Musiałem podać imię i nazwisko oraz zaprezentować kilka rutynowych dowodów swego istnienia społecznego pewnej lekko znudzonej rejestratorce, którą ledwo było widać zza ekranu komputera oklejonego masą papierowych karteczek przypominających o najróżniejszych ważnych sprawach. Nie zapytano mnie, czy mam ubezpieczenie zdrowotne, ani nawet czy jestem obywatelem brytyjskim. Nie rozpieszczano mnie, ale też nie odrzucono, ani nie potraktowano jak klienta. Po prostu przyjęto mnie jako osobę w potrzebie i ustawiono w szeregu z innymi ludźmi potrzebującymi pomocy.

 

Siedliśmy sobie wraz z moim towarzyszem i obserwowaliśmy innych oczekujących. Niektórzy przyszli sami, inni z całymi rodzinami. Sporadycznie mój wzrok napotykał wzrok któregoś z nich i widać było, że obie strony zastanawiają się w tym momencie, co też takiego dolega drugiej osobie. Czasami było to oczywiste. Jakże bezbronni jesteśmy w momencie, gdy inni poznają nasze prawdziwe potrzeby! Mężczyzna obok mnie miał bandaż na kciuku. Sądząc, że należymy do tej samej kategorii, zapytałem, czy złamał sobie palec. Odpowiedział, że o mały włos byłby go sobie odciął podczas cięcia papieru w biurze. Był bardzo wystraszony i wymruczał coś na temat bycia tragicznie głupim. Podobnie jak ja, podobnie jak wszyscy w potrzebie, czuł się „głupio” wobec pomyłek, które doprowadzają do takiej sytuacji jak ta, w której się znajdowaliśmy.

 

Spodziewaliśmy się długiego czekania w kolejce, więc postanowiliśmy pomedytować. Była to jednak krótka modlitwa – nota bene św. Benedykt twierdzi, że modlitwy powinny być krótkie – ponieważ niebawem wywołano moje imię. System zapamiętał nawet moje imię! Skierowano mnie do odpowiedniego pomieszczenia, zrobiono zdjęcie RTG i kazano znów czekać. Niedługo potem leżąc w pokoju zabiegowym żartowałem z pogodną, korpulentną pielęgniarką, która w szkole zapewne była kapitanem drużyny hokejowej. Miała już za sobą specjalizację z pielęgniarstwa pediatrycznego, a teraz odbywała dodatkowe praktyki. Podczas rozmowy oceniała moje obrażenia. Powiedziała, że mogłaby wyprostować wybity palec, ale że w tej chwili jeszcze nie powinna tego robić. Wkrótce pojawił się uprzejmy lekarz, z pochodzenia Hindus. Miał na sobie dżinsy i za pewne uczono go radzić sobie z poważniejszymi problemami niż wybity palec. Wziąłem głęboki oddech, by zaczerpnąć środka znieczulającego i czekałem na bolesne szarpnięcie, ale prawie nic nie poczułem.

- To wszystko?

- Tak, już po wszystkim, ale jeszcze nim nie ruszaj.

 

Cały świat jest szpitalem

Ufundowanym przez zrujnowanego milionera *

 

Leczenie jeszcze się nie zakończyło. Musiałem pójść na kolejne zdjęcie, żeby się upewnić, czy zabieg podziałał. Moja uśmiechnięta pielęgniarką przyszła założyć opatrunek, gdy na izbie przyjęć pojawił się prawdziwy nagły przypadek. Zatrzymanie akcji serca. Lekarze i pielęgniarki rzucili wszystko i pobiegli na swoje stanowiska niczym drużyna futbolowa realizująca tajemny plan gry. To, co robili sprawiało im przyjemność. Wraz z innymi lżejszymi przypadkami wcisnąłem się w ścianę, gdy przewożono koło nas reanimowanego pacjenta otoczonego przez ludzi, których jedyną troską było uratowanie mu życia – uratowanie życia zupełnie obcej osobie, tak samo obcej jak obcy byliśmy my, zanim nie przedstawiliśmy naszych dolegliwości. Gdy moja pielęgniarka w końcu wróciła, zapytałem, co stało się z reanimowanym człowiekiem. Jej twarz rozjaśniła się: „Wyciągnęliśmy go z tego”.

 

Pod krwawiącymi rękami

Czujemy współczucie uzdrowiciela

Odczytującego enigmatyczną kartę chorobową. *

 

Pielęgniarki i lekarze nie udawali, że są doskonali. Szpital nie był doskonałą społecznością. Gdyby popełnili błąd, byliby za niego odpowiedzialni. Byli uzdrowicielami dla innych ludzi.

 

Gdybyśmy tylko potrafili w ten sam sposób patrzeć na Kościół!

 

With much love

Laurence Freeman OSB

 

*TS. Eliot

Cztery Kwartey (na Wielki Piątek)

                                                                

Tłum. Maria Obojska

 

 

                                                              Chile, luty 2010

 

"Potrzebujemy modlitwy i więcej żołnierzy". Większość z nas z pewnością nigdy nie doświadczy sytuacji takiego załamania struktury społecznej, które sprawi, że w tak rozpaczliwy sposób będziemy wołać o pomoc na Facebook’u, naszym ostatnim sposobie komunikacji z zewnętrznym światem, który nagle stanie się przeraźliwie daleki od tragedii, która całkiem nas od niego odetnie i odizoluje.

 

Wszyscy dobrze wiemy, choć jest to zrozumiałe, że wolimy o tym nie myśleć, na jakim ostrzu noża znajduje się nasze życie. W kilka chwil i całe nasze poczucie bezpieczeństwa, systemy zarządzania i plany na życie mogą wyparować. I zamiast zastanawiać się, jak uda nam się wpasować wizytę u dentysty i jutrzejsze spotkania w nasz napięty plan, możemy z zawrotami głowy spoglądać w dół przepaści. Właśnie to, w niespełna 120 sekund wydarzyło się w Chile, gdy płyty tektoniczne zagrzmiały i przesunęły się powodując największe znane trzęsienie na ziemi, a zaraz potem dziesięciometrowe tsunami uderzyło w wybrzeże.

Jak tylko usłyszałem wiadomości, usiłowałem skontaktować się z MariaRosą, naszą koordynatorką, która mieszka w Conception, drugim pod względem wielkości mieście Chile, bardzo blisko epicentrum. Dopiero dzisiaj zamieściła post na Facebook'u, taki, że "ciarki przechodzą po plecach" - "chilling". Przykra gra słów w języku angielskim wydaje się tutaj niestety odpowiednim określeniem. (chilling -Chile). "Panuje totalny chaos - ludzie mają broń i kiedy robi się ciemno plądrują domy. Ostatniej nocy nasi sąsiedzi bronili nas i nasze domy, to jest naprawdę straszne, nie ma prądu, nie ma wody, nie ma jedzenia. Proszę módlcie się, w nocy musimy pilnować ulic, aby szabrownicy nie wchodzili do naszych domów. To gorsze niż trzęsienie ziemi i tsunami, to okrutne. Zależnie od tego, co dzisiaj się wydarzy i czy uda mi się zdobyć paliwo, pojadę jutro z dziećmi do Santiago."

Wydaje się, że jedyną gorszą rzeczą od katastrofy naturalnej podobnych rozmiarów jest załamanie się ludzkich norm społecznych, dzięki którym społeczeństwo może nazywać się cywilizacją. Jak łatwo stwierdzamy, że poziom cywilizacji został osiągnięty. I jak łatwo możemy być tą cywilizacją znudzeni, albo ją zatracić w obliczu lęków wzbudzonych przez przemożny instynkt przeżycia. Co przeraża bardziej niż strata życia albo kończyny, to nagła wizja ludzi, których jeszcze wczoraj spokojnie mijaliśmy na ulicy, pochłoniętych dzisiaj przez przemoc i okrucieństwo, które nie są ich własne i które czynią ich tak bardzo obcymi nie tylko dla nas, ale i dla nich samych. Szał chęci przeżycia wydaje się wyrastać z jakiegoś ukrytego zwierzęcego pragnienia życia za wszelką cenę, głodu tak głębokiego, jak sama otchłań. Tej otchłani nic na zewnątrz nie jest winne. Jest ona w naszym wnętrzu. Instynkt przeżycia może zniszczyć naszą zdolność oddania samych siebie i współodczuwania oraz poddać sobie wszystkie relacje społeczne i potrzeby innych.


Jednak to, jak zachowamy się w czasie katastrofy jest trudne do przewidzenia. Kiedy kilka lat temu Quebec i część wschodniego wybrzeża zostały w środku zimy na kilkanaście dni odcięte od prądu, rząd kanadyjski wysłał żołnierzy i dodatkowo powołał rezerwę. Rządzący oczekiwali, że nastąpi społeczny chaos, ale nic takiego się nie wydarzyło. W Montrealu słyszałem, że właściciele domów tworzyli coś w rodzaju wspólnot mieszkańców ulic dzieląc się żywnością i organizując opiekę nad chorymi i starymi. Żołnierze siedzieli czekając na chaos, który powszechnie panujące ludzkie współczucie odwróciło. Nie znaczy to oczywiście, że Kanadyjczycy są lepsi od Chilijczyków i jestem pewien, że usłyszymy z miejsca tragedii o heroicznych i pełnych poświęcenia aktach, które wielokrotnie przewyższą to, co zrobili szabrownicy i wandale w Conception. Nie chodzi tutaj o zestawienia narodowej ligii cnoty. Wiemy z dwunastoletniego okresu nazistowskiego barbarzyństwa, bombardowania Drezna przez Aliantów, albo kilka dekad później z trzyletniego oblężenia Sarajewa i Srebenicy, że otchłań może się otworzyć gdziekolwiek, tak nieoczekiwanie, jak katastrofy naturalne, których tak bardzo się boimy. Ta ludzka nieprzewidywalność sprawia tylko, że brzeg noża wydaje się jeszcze ostrzejszy.


"Dziękuję" - napisała MariaRosa nim wyczerpała się jej bateria w komputerze - "wytrzymuję tylko dlatego, że czuję, że wszyscy jesteśmy zjednoczeni w modlitwie. Pozdrowienia dla was wszystkich." Modlitwa dla niektórych może być tylko psychologicznym podparciem, gdy krytyczna sytuacja zabrała już całe poczucie bezpieczeństwa. Jednakże dla innych jest to prawdziwa siła. Nie magia, która może z powrotem złożyć pęknięte płyty tektoniczne albo odwrócić fale tsunami, ale świadomość przepojona przez wiarę: "widzenie tego, co niewidzialne". Ta świadomość często staje się silniejsza w czasach kryzysu niż wtedy, kiedy jesteśmy pewni naszych rutynowych zabezpieczeń, niż w czasie codziennych komplikacji i stresów. Modlitwa oznacza wiedzę. W najtrudniejszym czasie możemy wiedzieć, że - pomimo okrucieństwa izolacji - przynależymy do boskiego porządku, którego najgłębsza otchłań nie może pochłonąć. Z tej wiedzy nieoczekiwanie wyłania się słowo "miłość". Wyraża coś, czego żadne inne słowo lepiej nie wyrazi i jest naładowane znaczeniem, które zmienia znaczenie wszystkiego.

 

With much love

Laurence Freeman OSB

 

tłum. Ewa Pado

 

Capella, styczeń 2010

 

W jeden z zimowych londyńskich poranków znalazłem się na konferencji o tematyce sytuacji ekonomicznej na świecie. Prognoza pogody na ten dzień była zła, ale przytulny i elegancki pokój w Centrum Spraw Zagranicznych na St. James Square gościł wybrane grono ekspertów, którzy usiłowali dokonać wglądu w ekonomiczną przyszłość świata. Słuchaczmi byli dziennikarze, ekonomiści, finansiści i biznesmeni zdający się posiadać rozeznanie, w jakim kierunku podąża rozwój ekonomiczny. Przybyli by sprawdzić i pogłębić swoje własne poglądy, słuchając przebywającego z wizytą w Londynie gościa Centrum, mojego przyjaciela i VIP-a jednego z międzynarodowych banków, podziwianego w swojej branży za szeroką i dogłębną wiedzę.

 

Zgromadzeni słuchacze nie byli pośrednikami w rozdzielaniu władzy, ale pośrednikami wiedzy, tymi, którzy informowali decydentów. Byli to ludzie mówiący spokojnym głosem, a nie językiem demagogów. Przedstawiali dwa lub trzy możliwe warianty  i wyjaśniali, który z nich byłyby najlepszy, jeśli przyszłoby do dokonania wyboru. Znali się dobrze na tym o czym mówili, wydawali się być wolni od interesowności, samooszukiwania się i manipulowania opinią publiczną - językiem  typowym dla polityków walczących o ponowny wybór przez swój  elektorat, albo zorientowanych na zyski inwestorów.

 

Rozmawialiśmy o kryzysie rzeczowo i spokojnie. Uczestnicy mieli tę pewną siebie skromność ekspertów, którzy zafascynowani są przedmiotem rozważań ze względu na  niego samego - jak stolarz skoncentrowany na swoim rzemiośle, a nie na cenie sprzedaży stołu, który właśnie wykonuje. Można było wyczuć atmosferę akademickiej precyzji, powściągliwości i osobistej kultury. Każdy rozumiał, że nie ma monopolu na wyjaśnienia albo prostego rozwiązania. W takiej dyskusji zrozumiałe były motywy Chińczyków, którzy storpedowali rozmowy w Kopenhadze, nie z powodu ich pustego samolubstwa. Dowiedziałem się, że nadrzędnym i gorączkowym celem społecznym rządu Chin jest teraz wykorzenienie ich własnej olbrzymiej nędzy i nikt i nic ich przed tym nie powstrzyma, nawet zmiany klimatu.   Nawet na tym poziomie wybór jest zawsze moralny - konflikt interesów między własną rodziną i potrzebami innych jest dylematem, który tylko mądrość i odwaga potrafią rozwiązać. Jeśli twoje dziecko i dziecko obcego człowieka płaczą głodne, które nakarmisz jako pierwsze?

 

Wnioski z tego typu porannych dyskusji determinowały prawdopodobnie cenę kawy, jaką później piłem z moim przyjacielem, jak również to, skąd ta kawa została sprowadzona oraz ile pieniędzy będzie w stanie wysłać do domu dla swojej rodziny obsługująca nas polska kelnerka. Wielkie i przejrzyste abstrakcje ekspertów nie są pomimo tego, co mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, do końca z innego świata. Jasność widzenia, duchowa dojrzałość i wewnętrzna integracja tak tęgich głów ma duży wpływ na życie tych, dla których cena kawy, biletu komunikacji miejskiej i najniższa pensja krajowa są codziennymi troskami. Mój przyjaciel nie mówił o duchowości, ale o globalnych zmianach idących za recesją. Kiedy jednak komentował klęskę mechanizmu samonaprawy globalnego systemu bankowego, po bezprawiu praktyk panujących w ostatnich kilku latach, wówczas czułem w tym ton i wrażliwość, które cechowały kontemplatywne doświadczenie prawdy, a nie tylko stwierdzenia oparte na statystykach. Może w końcu subtelne odcienie doświadczanej prawdy nadają kształt interpretacji statystycznych tabel i ostatecznie przesądzają o tym, czy ten świat jest bardziej czy mniej sprawiedliwym miejscem po tym, jak zrobimy to, co należy do naszego obowiązku.

 

Moje krótkie spotkanie z tymi mądrymi ludźmi z dziedziny światowej ekonomii wprawiło mnie w zadumę nad dystansem między wielkimi i maluczkimi. Jakże zapalna i wrażliwa wydaje się być ta bolesna otchłań między Bogaczem a Łazarzem, widoczna już w historii pierwszych ludzkich społeczności i w cenie domów w różnych dzielnicach każdego współczesnego miasta.

 

Niedługo potem znalazłem się w odległej wiejskiej parafii w Queensland, porośniętej młodą zieloną trawą po obfitych deszczach. Byłem tam z niezwykłym biskupem, Brianem Heenanem. Był on ciepło pozdrawiany i witany jako "Ojciec", w odwiedzanych przez nas małych wspólnotach wiernych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów. W górniczym miasteczku Capella, ochrzciliśmy czteromiesięcznego Jonaha. Jadąc samochodem rozmawialiśmy z Brianem o Kościele. Jakże odległe wydają się być watykańskie sprzeczki od życia prostych chrześcijan w tych parafiach. A więc te same podziały, powszechna i bolesna niesprawiedliwość istnieją nie tylko w ekonomii, ale także w Kościele. Pod tym względem Kościół to jeszcze jedna część świata, jeszcze jedna globalna instytucja.

 

Czułem jednak – przynajmniej taką miałem nadzieję – kiedy mały Jonah otworzył swoje oczka, jak chrzcielna woda spływała po jego czole, że dane nam było zaświadczyć, choć na moment i nie końca dobitnie, że ta pradawna otchłań między ludźmi, która jest powodem naszych najgorszych porażek jako ludzkości, jest do przekroczenia. Nikt tego lepiej nie pokazuje niż Chrystus, który stał się mostem między bogatymi i biednymi, możnymi i pozbawionymi głosu, profesorem i kierowcą buldożera. Kościołem zaś jest naprawdę jedynie ten, który jest takim mostem.

 

With much love

Laurence Freeman OSB

 

tłum. Ewa Pado

 

Melbourne, grudzień 2009

Światowy Parlament Religii

 

Czas na dobre wiadomości.

„Fiasko politycznych przywódców dokonania politycznych ustępstw koniecznych dla wypracowania nowej globalnej wizji przekraczającej prymitywny egotyzm naszych przodków.” „Kościół irlandzki postępuje na drodze samozniszczenia w swym zaparciu się wobec łaski kenosis.” „Nieposkromiona chciwość tych, którzy dorabiają się fortun na niczym kosztem tych, którzy zostali omamieni i wciągnięci w handel konsumpcjonizmu.” „Niewygodne pytanie, dlaczego lata żarliwej modlitwy raczej prowadzą do większego wrodzonego narcyzmu niż go pomniejszają.”

Łatwo jest usprawiedliwić pesymizm. Biblia zna tego liczne przykłady. Jest to niemalże metoda ucieczki od łatwego optymizmu w wydaniu  tych, którzy liczą jedynie na następną kadencję utrzymania swych satanowisk. Jednak kiedy Pismo Św. zanurza się w przepaść ciemności i ludzkiej słabości, to one zawsze obracają się w stronę światła. Znajdujemy w nich łaskę w całkowicie odmiennej postaci, tak że nadzieja staje się nie do uniknięcia. Niespodziewanie ożywia się i rozwija nasze pojmowanie tajemnicy Boga, tak że wiedza dotychczas zdobyta na Jego temat, staje się w tym momencie przestarzała i zbędna.

W brytyjskiej komedii „Jak w zegarku” John Cleese gra opanowanego obsesją punktualności szkolnego dyrektora. Pewnego dnia w czasie podróży na prestiżową konferencję spóźnia się na pociąg i jego życie w jednej chwili zamienia się w ciąg nieprzewidzianych wydarzeń z pogranicza greckiej tragedii i humoru Monty Pythona. W jednej ze scen w akcie rezygnacji zatrzymuje się w klasztorze skarykaturowanych mnichów odmieńców, uciekinierów od prawdziwego życia. Gdy już zupełnie traci nadzieję na dotarcie na czas na spotkanie i dając za wygraną leży w wannie biorąc kąpiel, nagle słyszy warkot silnika czekającego nań samochodu i zdaje sobie sprawę, że pojawiła się ostatnia szansa dotarcia do celu na czas. „To nie rozpacz boli najbardziej” – skarży się – „to nadzieja”.

Kiedy media biją w bębny pesymizmu, to one tylko z nim flirtują. Nie daja nam najmniejszych szans by wziąć sprawy na poważnie. Z chwilą  gdy tylko wiadomości stają się zbyt złowrogie, media serwują nam coś na pociechę. Odciągnięci od prawdy, która ukrywa się w ciemnych zakamarkach rzeczywistości, zostajemy wciągani w budujące serca przyjemne opowiastki o filantropach - graczach w golfa, czy też w małżeńskie skargi i żale celebrytów.

Tuż po klęsce szczytu klimatycznego w Kopenhadze w grudniu 2009 odbyła się następna ogólnoświatowa konferencja z mniej ustalonym porządkiem obrad i mniejszym medialnym nagłośnieniem - Światowy Parlament Religii. Do ogromnej sali konferencyjnej w Melbourne przybyli  przedstawiciele 230 religii. Kto by pomyślał, że jest ich aż tak wiele? Reprezentanci przyjechali na własny koszt a ich przybycie pozostawiło po sobie olbrzymi energetyczny „odcisk węglowy” wielkości stopy yeti. Przybyli głównie po to, aby ze sobą porozmawiać ale  było to równie wielkie widowisko wizualne z całym kalejdoskopem rytualnych strojów i imprez towarzyszących. Przyglądając się temu, czuło się jak rośnie w człowieku miłość do rodzaju ludzkiego, na tym Bożym podwórku pełnym Jego kolorowych ołówków. Jak zwykle przy takich okazjach egotyzm był skrzętnie chowany głęboko pod poły szat i zewsząd wybrzmiewały hurra-żądania działań wspólnych i globalnych. Co prawda przyłapano Irańczyków, jak z ukrycia fotografowali przedstawicieli religii Bahai, ale na ogół panował wewsząd doskonały nastrój. Wymiana kontaktów i burze mózgów, szczególnie wśród młodszych delegatów, brzmiały bardzo zachęcająco i obiecująco. Panowało powszechne przekonanie, że religia sama w sobie - pomimo ludzkich ułomności jej przywódców - jest czymś pozytywnym, znakiem pierwotnej niewinności ludzkości, a nawet studnią nadziei w dzisiejszym świecie, który powoli zamienia się w jałową pustynię.

Jednak, jak już dobiegł końca ostatni dzień kongresu z ulgą wsiadałem do taksówki, aby wreszcie udać się do mego przytulnego schronienia na terenie katedry katolickiej, gdzie mnie szczodrobliwie goszczono. Za kierownicą siedział młody Indus. „Proszę do katedry katolickiej” powiedziałem, a on spojrzał na mnie niepewnie. Nie miał zielonego pojęcia, dokąd jechać. Ja zapomniałem nazwy ulicy, a moje kolejne opisowe próby przybliżenia położenia katedry spełzły na niczym. W końcu ruszyliśmy, gdy po kilku telefonach udało mi się wreszcie ustalić dokładny adres katedry. Mój miły globalny nastrój kongresu zamienił się w wewnętrzny przypływ krwi do mózgu. Na siłę powstrzymywałem irytację, ale w środku aż kipiałem. Chłopak przyglądał mi się rusz co rusz we wstecznym lusterku, aż widocznie widząc mój zakonny habit, zapytał: „ Przepraszam sir, ale czy jest pan kimś w rodzaju księdza?” Pytanie ugodziło we mnie siłą ostrej nagany, zapewne ze względu na mój wewnętrzny nastrój, a nie z jego zamiaru. Był głęboko wierzącym hinduistą,  niestety nie mógł uczęszczać na nabożeństwa, bo jego świątynia znajdowała się daleko, a on musiał pracować do późnych godzin nocnych. Pytał  jak to jest ze spowiedzią w kościele katolickim, bardzo go to dziwiło. „To ludzie mogą tak sobie pójść do księdza i z nim o wszystkim porozmawiać?”. Kiedy już dotarliśmy do katedry rozmowa potoczyła się dalej na jej parkingu. Skarżył mi się, jak bardzo martwi go jego stan psychiczny, brak koncentracji i utrata życia duchowego. Nie, nigdy nie medytował i z wielką wdzięcznością przyjął moją radę, jak może wielbić Boga w świątyni swego serca. Podarowałem mu hinduski różaniec, który dostałem od jednego z uczestników konferencji.

Wysiadałem z taksówki pokornie dziwiąc się dokonanej na mych oczach epifanii, przywróconej nadziei, wdzięczny za odczucie łagodnego powiewu Boga przechodzącego przez miejscowe podwórko. To ogólnoświatowe jest po prostu czasami nazbyt duże.

 

With much love

 

Laurence Freeman OSB

 

Patrz też Światowy Parlament Religii   i   Parliament of the World's Religions

Pełny polski tekst przemówienia o. Freemana do delegatow Światowego Parlamentu Religii ukazał sie w nr. 10 Kwartalnika Chrześcijańska Medytacja.

fot. Pauline Peters. Dalailama w rozmowie z o. Freemanem podczas Światowego Parlamentu Religii.

 

 

Archiwum:   The Tablet 2009Tablet 2007/2008

 

Medytacja z dziećmi                                                                                    Grupy medytacyjne

 

Kontakt WCCM.PL - Paulina Leśniak, Szczecin