Czytanie na dziś: Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, czytaj dalej
Frans De Ridder CICM Konferencje

FRANS DE RIDDER CICM

 

Ojciec Frans De Ridder  jest misjonarzem zgromadzenia Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny (CICM). Pracowal 15 lat na Tajwanie a od roku 1981 w Singapurze. Tam angażował się  w nauczanie w ramach  Poradnictwa Małżeńskiego i programy wychowania seksualnego młodzieży w ruchu Catholics for Choice. Ojciec Frans regularnie podróżuje po Azji i prowadzi rekolekcje dla księży, sióstr zakonnych i osób świeckich. Od 1994 r. jest zaangażowany w ruch Chińskiego Apostolatu (China Apostolate). Od 2010 przebywa na Tajwanie jako lokalny zwierzchnik misji Zgromadzenia Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. W niniejszym cyklu "Życie w miłości" ojciec Frans opisuje w prosty sposób owoce Medytacji Chrześcijańskiej, których doświadczył w życiu kapłańskim. (Tłum. Maria Obojska, Copyright wccm.pl) 

Medytacja i chrześcijańskie życie cz.II

 

Parę dni temu rozmawiałem z pewnymi ludźmi, którzy powiedzieli mi, że słyszeli opinie, że nasz sposób medytacji nie jest dobry, że niektórym naszym braciom i siostrom z bardziej fundamentalnych grup ta metoda medytacji i modlitwy może się nie podobać. Odpowiedziałem im, że moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Jeśli porzucamy nasze myśli, opinie, pragnienia, to co wtedy dostajemy? Odpowiedź jest bardzo prosta. Św. Piotr w Ewangeliach wg św. Mateusza, Marka i Łukasza zadaje pytanie: „ Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Co więc będziemy mieli?". Jesus odpowiedział im, że jeśli (i to ‘jeśli’ jest bardzo ważne) porzucili wszystko - myśli, pragnienia, marzenia, ambicje, dumę - to otrzymają sto razy tyle w zamian. Jeśli porzucą wszystko i wybiorą Jego, wtedy doświadczą tego, co Jezus – bezwarunkowej, absolutnej miłości Boskiej i Bożej obecności. Nauczą się należeć do Boga, tak jak Jezus do niego należy. Dowiedzą się, jaki jest Boży plan dla nas wszystkich: przeżywać nasz ludzkie życie w inny sposób, w Boski sposób.

Bóg nas stworzył i tylko Bóg może w pełni i ostatecznie zaspokoić nasze najgłębsze potrzeby i pragnienia, może nam zapewnić to, co jest nam niezbędne: Bożą obecność i Boże życie, dzięki którym nasze własne życie zyska wymiar boski. Chrześcijaństwo polega właśnie na nadaniu życiu Boskiego wymiaru, nie dopiero po śmierci – oczywiście po śmierci nastąpi rozkwit, pełne rozwiązanie tej tajemnicy – ale także tu na ziemi. Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi: oto życie w obecności Boga.

Zatem dyscyplina! Stwórzcie czas, a nie będziecie czuć się oszukani! Wasze inne zajęcia zajmą właściwe im miejsce. Ale to decyzja wielkiej wagi, wielkie zobowiązanie – rano i wieczorem. Wierzcie w jego siłę i absolutną prostotę. To musi być proste, co nie znaczy, że łatwe. Stwórzcie czas i powtarzajcie mantrę. To nie zawsze łatwe. Możecie sobie pomyśleć: „Tracę tylko czas, mógłbym robić tyle innych rzeczy, czeka na mnie tyle ważnych spraw, a ja tracę mój czas”. Nieważne, ile razy przejdą wam do głowy takie myśli, powtarzajcie dalej mantrę – od początku do końca. Powtarzajcie ją i słuchajcie jej.

Także dla mnie to coś nowego. Co prawda słyszałem o tym już wcześniej, ale mimo to tylko powtarzałem mantrę. Dopiero niedawno natknąłem się na nagranie Johna Maina mówiące o tym, żeby powtarzać mantrę i słuchać jednocześnie jej echa we własnym sercu. Usłyszeć je i dopiero potem kontynuować. Powtarzać w sercu i słuchać. Rozmawialiśmy już o mantrze, jako dyscyplinie i j skupieniu na obecności Boga, a także o życiu w tej bożej obecności. Jak można to osiągnąć? To jest właśnie mantra, tak niesamowicie prosta. Dzięki prostocie staje się ona bardzo ważną i bardzo dobrą metodą. Jeśli byłaby skomplikowana, nie byłaby dobra. Absolutna prostota i wierność. „Błogosławieni ubodzy duchem”, mówi Ewangelia. Prosta metoda i pozostanie jej wiernym przyniesie efekty. Być może nie od razu dostrzeżecie wielkie zmiany we własnym życiu, ale to nie ma znaczenia. Nie analizujcie samych siebie. Nie mówcie po trzech tygodniach: „Nic z tego nie mam, tracę czas”.

Przemiana odbywa się poza naszą świadomości. Porzućmy nasz myśli, naszą wiedzę, nasze opinie. Nie sięgajmy po statystyki i procenty: „ Już widać mały postęp…”. Nie róbmy tego! Dajmy spokój, pozwólmy Bogu działać. Gdy porzucimy nasze ambicje, nasze marzenia, nasze obawy, nasze grzechy….Właśnie – nasze grzechy. Czasami jest mi bardzo żal chrześcijan. Często słyszę: „Ojcze, jesteśmy grzesznikami”. Nic podobnego! Od momentu, gdy zaczniemy należeć do Boga, gdy nauczymy się w nim żyć, staniemy się – jak mówi św. Paweł – „Świętymi Bożymi”. Możemy zgrzeszyć, ale jesteśmy dziećmi Boga.  Jako dzieci Boże jesteśmy pełni łaski.  Od momentu, gdy uwierzymy w Boga i zaczniemy być jego własnością, napełnimy się łaska. Do czego porównać proces przemiany? Może do obrazu garncarza, który nadaje kształt kawałkowi gliny. Jeśli stworzę wystarczająco dużo czasu dla Boga, jeśli będę wystarczająco zaangażowany w powtarzanie mantry zarówno w dobrej jak i złej godzinie, to wtedy Bóg będzie kształtować glinę, nadawać mi kształt zgodny z moim prawdziwym ja, przekształci ten surowy kawałek gliny w coś pięknego: w córki i synów Bożych. Zaufajcie Bogu, to zdolny artysta. Z wszystkich nas uczyni swoje dzieci. To znowu bardzo proste: poddajcie się Bogu, przemieni was i napełni was swoją obecnością.

W Ewangelii św. Łukasza odnajdziemy historię, która cytują także niektórzy z moich przyjaciół szukając argumentów przeciw tego rodzaju medytacji. Historia ta opowiada o człowieku, którego opętał zły duch. Mężczyzna ten jednak bardzo chciał pozbyć się ducha i zaczął sprzątać swój dom. Sprzątał i sprzątał, aż duch go opuścił. Nie potrafiąc znaleźć sobie innego miejsca, duch powrócił z 7 innymi duchami i zajęły dom owego mężczyzny. Oczywiście jego stan bardzo się pogorszył. Myślę, że całą ta historia ma w sobie coś niesamowitego. Dlaczego zły duch mógł powrócić z 7 innymi duchami, jeszcze gorszymi od niego samego? Ponieważ dom był pusty. Życie w pustce – coś w rodzaju: chcę żyć bez grzechów, ale także bez Bożej obecności – nie ma szans na powodzenie. Ale gdy nasz dom będzie pełen Boga, to nawet i 10 000 duchów nie będzie w stanie do niego wtargnąć. Twoje serce będzie pełne Bożej obecności, a nie twoich ambicji, marzeń, grzeszności albo grzechów z przeszłości. A czym są te duchy? Są one 7 grzechami głównymi: pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Jeśli prowadzimy lepsze, bardziej przyzwoite życie, jeśli posprzątaliśmy nasz dom, ale pozostał on pusty, to te wady nas znajdą. Pozwólcie Bogu napełnić wasze serca. Pozwólcie mu napełnić wasze serca, umysły, dusze i ciała tak, żeby dom został wypełniony Bożą obecnością. Zło nie może współistnieć z Bogiem, gdy wypełnia On nasze serca.

Ten proces jest oczywiście dynamiczny. Nie możemy się pysznić. Słowo: „pycha” znajduje się na liście grzechów głównych. Proces jest dynamiczny, ciągle się rozwija, bo Bóg jest nieskończony. Ta podróż nie będzie miała końca. Każdego dnia jesteśmy uczniami. Każdego dnia zaczynamy od nowa, aby poprosić Boga: „Maranatha, przyjdź Panie, przyjdź”.  Absolutna prostota mantry i bycie jej wiernym to podstawa: stwórz czas i powtarzaj słowo. Wierz w efekty, nawet jeśli nie są od razu widoczne. Nie zniechęcaj się. Oddaj Bogu najważniejszą część swojego cennego czasu.

Boga nie da się ująć w żadne definicje. Zastanówcie się, dlaczego na świecie jest tyle wojen religijnych. Ta pycha i arogancja biorą się stąd, że ludziom wydaje się, że udało im się zdefiniować Boga, że mają na niego monopol. Nikt go nie ma. Nasza podróż nigdy się nie kończy i im bardziej poddamy się Bogu, tym bardziej napełnimy się pokorą i współczuciem dla innych ludzi. Nie będziemy się porównywać do innych i wynosić się nad innych. Tylko wtedy, gdy nasze serca spoczywają w Bogu, stajemy się naprawdę sobą. Uwalniamy się od fałszywego, skoncentrowanego na sobie „ja”. Porzucamy to, czym jesteśmy we własnym mniemaniu, a stajemy się tym, czym jesteśmy według Boga, tym, co Bóg przez nas osiąga. On nas przekształca, a my nie powinniśmy się pysznić. Życie w Bogu jest trwałym procesem, wykraczającym nawet poza naszą fizyczną śmierć. W Bożej miłości wzrastamy nawet po śmierci, Bóg jest nieskończony, a nasze możliwości intelektualne i zrozumienie tajemnicy są tak ograniczone.

Kilka dni temu wezwano mnie do szpitala Gleneagles – umierał tam na raka mężczyzna z parafii Świętego Krzyża. Był wykończony, nie mógł spać. Gdy jego żona i siostra poszły się pokrzepić w szpitalnym barku, zostaliśmy sami.

- Czy umiesz się modlić? –zapytałem go

- Nie, Ojcze. Nie znam już nawet „Ojcze Nasz”. Nie umiem - odpowiedział.

Położyłem rękę na jego łóżku i powiedziałem:

- Złap mnie za rękę.

Tak też zrobił i postanowiliśmy powtarzać przez 20 minut mantrę „Przyjdź Panie, przyjdź”. Chwała Bogu, jego żona nie przyszła za wcześnie! To było cudowne doświadczenie. Po prostu powtarzałem: „Przyjdź, Panie, przyjdź!” i koncentrowałem się na Boskiej obecności wraz z tym umierającym człowiekiem. Czułem jak ten człowiek się rozluźnia, a na jego twarzy pojawia się uśmiech. Po 20 długich minutach powiedział: „ Ojcze, zobaczyłem Jezusa”. Oczywiście mogłem dać mu wykład o śmierci i cierpieniu, ale to by wykończyło i jego i mnie. Dlatego też lepiej było umocnić tego człowieka w Bogu. Bóg jest zawsze z nami. Zawsze jest obecny w naszym życiu. Bóg nie jest problemem. To my mamy problemy. Nie zwracamy uwagi na Jego obecność. Myślę, że moje doświadczenie sprzed paru dni było bardzo piękne i spełniające.

Gdy porzucimy fałszywych bogów, bożki, jednym z których niewątpliwie jest wyścig szczurów w Singapurze, gdy ‘zmarnujemy’ trochę naszego czasu dla Boga, żeby po prostu w Nim żyć, gdy pozwolimy Bogu działać w naszym życiu, to będziemy stopniowo wkraczać w taki związek z Bogiem, w jakim był z Nim Jezus. Ta Chrystusowa samoświadomość staje się także naszą świadomością – jak pisze św. Paweł w liście do Galatów: „aż Chrystus w was się ukształtuje”. Oczywiście jest to trwający proces, ale on naprawdę następuje; tylko uwierzcie w to.

Gdy porzucamy nasze myśli, ambicje, obawy, zmartwienia, wtedy Bóg może nas ukształtować na podobieństwo samego Chrystusa. Jak znów pisze Św. Paweł: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. Czy podchodzimy do wyzwań życia codziennego tak jak podchodził do nich Chrystus – z dziecięca prostotą i zaufaniem do Boga? Naszą specjalnością jest zamartwianie się, a nie Bóg. Kolejny cudowny fragment pochodzi z listu do Kolosan: „Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale”. On jest naszym życiem.

gesiAle jak do tego dojść? Dajcie Bogu szansę w waszym życiu. Stwórzcie dla niego przestrzeń i czas, a najlepszy sposób, to, moim zdaniem, nasz sposób medytacji. Zawsze pamiętam o wnikliwej uwadze Johna Maina, który w jednej ze swych publikacji napisał, że możemy zakochać się w naszych myślach o Bogu. To właśnie jest moim zdaniem jeden z powodów toczących się wojen religijnych. Stworzyliśmy sobie Boga na swój obraz i podobieństwo, a tak naprawdę to On stwarza nas na własny obraz i podobieństwo. To jest właśnie prawda o chrześcijaństwie. Pozwólcie Bogu być Bogiem, a wtedy staniecie się prawdziwymi dziećmi Boga, podobnymi jego synowi Jezusowi Chrystusowi. Przyłączcie się do tej wspaniałej, intymnej, dziecinnej prostoty związku z kochającym Bogiem, kochającym Ojcem.

Bóg to energia miłująca, łaskawa, miłująca energia, zawsze obecna wśród nas. Oto Bóg. Poddajcie się Bogu, ulegnijcie Jemu, a On ukształtuje was na obraz i podobieństwo Chrystusa – swego jedynego Syna. Co otrzymuję? Boga. Nasz Papież mówi, że to, czego naprawdę potrzebuje człowiek w dzisiejszym świecie to nie pieniądze, tylko Bóg. W tak wielu częściach świata, nawet w Europie zachodniej, ludzie pytają mnie: „Dlaczego jest Ojciec misjonarzem w Singapurze? Czyż to nie jest rozwinięty kraj?”. Pytają tak jakby w działalności misyjnej chodziło o rozwój czy jego brak – tworzenie szkół, dawanie pieniędzy, wykształcenia, poprawę jakości życia społecznego i sytuacji ekonomicznej. Gdy jednak mamy już to wszystko, to stajemy się samolubni. Nigdy nie mamy dość, zawsze chcemy więcej. Za wszelką cenę.

Tylko Bóg może zaspokoić głód naszych serc. Zgodnie z myślą Św. Augustyna, na zakończenie chciałbym się czymś podzielić. Augustyn mówi: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie”. To moim zdaniem ostateczny rezultat dynamicznego procesu łączenia się z Bogiem. Im bardziej żyjemy w Bogu, tym bardziej nasze serca stają się spokojne. Wtedy potrafimy cieszyć się Bożą Obecnością – jedyną rzeczą, która tak naprawdę się liczy.

 

fot.germanus

Print Friendly and PDF