Czytanie na dziś: czytaj dalej
11. krok Konferencje

11Jedenasty Krok - Konferencje podczas dni skupienia Wyzdrowienie i Duchowość - wygłoszone do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików w Genewie 2006.

(Tłum. Andrzej Ziółkowski, Copyright wccm.pl)

Marnotrawny syn

 

Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

 

Czy to nam czegoś nie przypomina? (W tym momencie słuchacze na sali zareagowali śmiechem, który wyraził ich pełne zrozumienie pytania – przyp. tłum.). Czego dowiadujemy się w tej części o ojcu? Dał synowi wolność wyboru. Było to oczywiste dla słuchających Jezusa, że tej przypowieści ojciec jest metaforą Boga. Już tutaj wyczuwamy wskazówkę Jezusa, że Bóg kocha. Bóg nie steruje nami, w takim rozumieniu, jak my próbujemy sterować innymi. On po prostu mówi: „OK, mój synu. Jesteś na tyle duży, żeby wiedzieć co czynisz, nie jesteś moją marionetką”.

 

A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek.

 

W jakim stanie uzdrowienia jest teraz młodszy syn? Uświadomienia. Scena ta jest symbolem początku procesu uzdrowienia, bo w niej ów nieszczęśnik sięgnął dna. Skończyły się zasoby pieniężne, tracisz zdrowie, pracę, przyjaciół. Staczasz się po równi pochyłej.

 

Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.

 

Jakie panują w nim uczucia przy wykonywaniu tej pracy? Hańba, odrzucenie, poniżenie, poczucie całkowitego odczłowieczenia.

 

Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników.  

 

Tak więc postanowił wrócić do ojca i naprawić krzywdę. Rozpoczął się proces uzdrowienia.

 

Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.

 

Tego ani on sam ani nikt ze słuchających nie mógł się spodziewać. Wygląda na to, że ojciec po prostu nie mógł się pohamować, że radość powrotu dziecka do domu całkowicie nim zawładnęła. To tak jak jest z nami, gdy zapominamy wszystkie pierwotne uczucia związane ze stratą w momencie odnalezienia zguby. Nie ma w reakcji ojca żadnych negatywnych uczuć – nie reaguje ani gniewem, ani rozgoryczeniem, ani urażeniem. Ale nie ma wątpliwości, że odczuł ból pierwotnej straty. No, a czego możemy spodziewać się po synu?

 

 

A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem.

 

Tak więc nasz bohater wracał do domu ze swoją starannie przygotowaną mową. Zrobił tak, bo myślał, że będzie musiał stanąć na przeciw gniewnego ojca. To jest często i nasz obraz Boga – zagniewanego rodzica. Ale w rzeczywistości, kogo napotyka? Kochającego ojca, czystą miłość, żadnego wypominania, nawet jednego słowa w stylu: „A nie mówiłem ci. Nie powinieneś opuszczać mnie tracąc wszystkie pieniądze”. Ani: „Przyjmę cię z powrotem, ale ani mi się waż zrobić to jeszcze raz”. Nic takiego. Jedynie szczera radość z odzyskania dziecka. A co na to młodszy syn? Nic więcej nie dowiemy się o nim w tej przypowieści, ale wydaje się, że on tego nie pojął, nieprawdaż? Pewnie dalej myślał, że wywinął się dzięki swojej rezolutności, usprawiedliwieniom i przez to ponownie odzyskał aprobatę ojca. Nic nie pojął z jego prawdziwych motywów przebaczenia.

 

Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić.

 

Zaczęło się świętowanie i wydawać by się mogło, że to już koniec opowiadania z happyendem. Jednak w tym momencie zaczyna się druga część tej historii, bo oto na scenę wchodzi drugi, starszy syn.

 

Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść.

 

Starszy syn reprezentuje następną formę ego. W młodszym rozpoznaliśmy rodzaj, który jest nam dobrze znany z własnego doświadczenia: wyszumienie się, zbłąkanie i niestałość, ego szukające przyjemności. Lecz jego starszy brat jest po drugiej stronie spektrum ego – po stronie zgorzknienia, chciwości, złośliwości. Nie jest to bardzo przyjemna strona. Jeżeli już musimy mieć któreś z tych dwóch ego, to lepiej już to pierwsze. Niestety, każdy z nas ma obie strony, bo ego ma je dwie. Tak więc, jak widzimy, starszy syn odmawia spotkania z bratem.

 

Wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu.

 

I oto ojciec tak jak wybiegł na przeciw pierwszego syna, wychodzi też pierwszy na przeciw drugiego. I prosi go. Odpowiada Bogu rozgoryczone i obrażone ego.

 

Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się.

 

Taki jest Bóg. Nic w całym Piśmie Św. nie oddaje lepiej natury Boga, niż ta przypowieść. Nasze ludzkie doświadczenie zguby i odnalezienia opowiedziane tak, jakby widziane od strony Boga. Ujawnia się On w nim jako niekarzący, niepamiętający urazy, niepotępiający. Jedynie radujący się. Tymczasem pomimo 2000 lat przekazu tej przypowieści, w ten czy inny sposób ciągle tkwi w nas obraz Boga policjanta, sędziego, egzekutora, kogoś kto nie akceptuje naszego zachowania, co ukarze nas za wszystko to, co źle zrobiliśmy. Można by tu przytaczać wiele powodów dlaczego tak jest – częściowo winne jest wychowanie religijne, częściowo to, jak oceniamy samych siebie. To my jesteśmy tymi co osądzają i obwiniają. Nie Bóg. Bóg nas nie karze. Kara jest już zawarta w grzechu. My jednak dokonujemy projekcji syndromu rozgoryczonego starszego brata na obraz Boga. To jest obraz zbudowany psychologicznie przez nas samych. Trzeba nam wracać do tego opowiadania by zaakceptować Boga takim, jakim chce byśmy Go widzieli. Jako czystą, szaloną i niekontrolowaną Miłość. Dopiero to rozumienie pozwala nam na prawdziwe otwarcie się na Niego. Medytacja jest drogą do znalezienia tego prawdziwego obrazu Boga w naszym wnętrzu.

 

Jak się to ma do naszego wnętrza, owego miejsca, gdzie mamy go znaleźć? Tradycja chrześcijańska zawsze obstawała przy tym, że poznać siebie to poznać Boga. Samo-się-poznanie prowadzi do poznania Boga. Nie ma znaczenia w tym sensie w co wierzysz, gdy rozpoczynasz medytować. Musisz jedynie zgodzić się na otwarcie wobec samego siebie, a w tym procesie odnajdziesz Boga, który jest w nierozłącznej unii z tobą samym. Bo jego miłość nie może nas odrzucić. Jak ojciec w naszej historii o dwóch tak różnych od siebie synach. Żadnego nie odrzucił.

 

Mistrz Eckhart powiedział „Modlę się do Boga, by oczyścił mnie od Boga”. Ma on na myśli fałszywy obraz Boga, co stoi w zupełnym kontraście do rzeczywistości. Medytacja Chrześcijańska, która stroni od wszelkich obrazów, koncentruje pełną uwagę na czystym, nierozmytym, prostym skupieniu na Nim. Skupienie to nie jest myśleniem o Bogu, które zawsze wywołuje jakiś obraz Boga w twoim umyśle. A ten z kolei ma w sobie wiele z twojego ego. Czy jest to ego młodszego, czy starszego brata, bardzo prawdopodobne, że właśnie jego. Jedynym sposobem na oczyszczenie w sobie obrazu Boga, jest porzucenie wszystkich o nim wyobrażeń. I tak to właśnie przekazuje nam mistyka chrześcijańska. Św. Grzegorz z Nyssy powiedział „Każdy obraz Boga jest wytworem mojego rozumu” a św. Augustyn „Jak Go pojmiesz, nie jest Bogiem”. Gdy Mojżesz na pustyni próbował dowiedzieć się imienia Boga, tak by móc przykleić mu jakąś etykietkę, jak innym bożkom, Bóg mu odpowiedział: „Jam Jest, który Jest” – czyste bycie, czysta obecność.

 

Jak już wyzbędziemy się wszystkich obrazów Boga, to cóż nam pozostanie? To co zostanie jest najbardziej z całej Biblii wysublimowaną definicją Boga - tylko trzy słowa: „Bóg jest miłością”.

 

Bóg nas kocha.

To jest pierwszy krok na drodze uzdrowienia, powiedzieć sobie: „ Ja nie umiem kochać Boga, bo jestem tak wewnętrznie podzielony. Tak zawładnął mną ten nałóg, że nie potrafię kochać ani siebie, ani Boga, ani nikogo wokół” Więc cóż nam pozostaje, od czego mamy zacząć? Od tego, że „Bóg pierwszy nas umiłował”. Tak pisze św. Jana w swym Pierwszym Liście: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował”.

To jest kamień węgielny, na którym możemy budować na nowo.

 

 

 

Czytaj też:  Królestwo

 

 

 

fot. fragmenty obrazu Rembranta "Powrót syna marnotrawnego"

 

Print Friendly and PDF