Czytanie na dziś: Jezus począł czynić wyrzuty miastom, czytaj dalej
Laurence Freeman OSB Konferencje

LAURENCE FREEMAN OSB 

 

Ojciec Laurence Freeman urodził się w Londynie. Uczęszczał do szkoły benedyktyńskiej. Stopień magistra literatury angielskiej zdobył w New College w Oksfordzie. Pracował w ONZ, bankowości i jako dziennikarz, aby ostatecznie wstąpić do klasztoru benedyktynów opactwa Ealing. Czytaj dalej tutaj.

 

 

Czy sama medytacja wystarczy?

 

Z Listu św. Pawła do Koryntian: „Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą.” (2 Kor 12, 7). „Oścień dla ciała”- te słowa św. Pawła wskazują na jakiś jego wielki problem. Nie wiemy, co miał św. Paweł na myśli, ale usilnie prosi Boga o uwolnienie go od niego. Jego modlitwa nie została wysłuchana, a przynajmniej nie otrzymał tego, o co prosił. W zamian został obdarzony wglądem, jakim staram się z wami dzielić: nie chodzi o to, aby być doskonałym, ale o to by być sobą. W akceptacji naszej niedoskonałości doświadczamy prawdziwej mocy Boga. Jeżeli nie odrzucamy siebie, ze względu na nasze braki, to właśnie to otwiera nas na Boga. ,,Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz Pan mi powiedział: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.” (2 Kor 12, 7-10)

 

Oto Dobra Nowina, oto wiara chrześcijańska! Nasza medytacja prowadzi nas w bezpośredni, bardzo osobisty i bardzo pokorny sposób ku tej prawdzie, abyśmy doświadczyli jej sami. Innymi słowy, kiedy reagujemy na nasze słabości uczuciem samoodrzucenia, rozpaczą czy depresją, lub też poddajemy się, oznacza to, że całkowicie rozmijamy się z sednem życia chrześcijańskiego. Jeśli tylko zrozumiemy sedno Dobrej Nowiny, wówczas bardzo łatwo możemy tę sytuację odwrócić. Akceptowanie siebie, takimi jakimi jesteśmy, z całą niedoskonałością oznacza pokorę. To otwiera nas w naszej słabości. Wtedy, nawet ona staje się naszą mocą, ponieważ poprzez doświadczanie pokory, doświadczamy dotknięcia mocy Boga, lub jak mówi św. Paweł „moc Chrystusa zamieszka w nas”. Gdy polegamy tylko na swoich mocnych stronach sądząc, że jesteśmy samowystarczalni, wtedy w zasadzie, powstrzymujemy tę moc Chrystusa. Medytacja to bardzo bezpośrednie i osobiste doświadczenie weryfikowania prawdy Dobrej Nowiny.

 

Powstaje tu pytanie: Czy sama medytacja wystarczy? A co z innymi sposobami modlitwy? Czy ich potrzebuję? To dobre pytania, ponieważ skłaniają nas do zastanowienia się nad czymś, o czym otwarcie mówi nam tradycja chrześcijańska, a mianowicie, że kontemplacja jest celem życia i celem każdej modlitwy. Wiemy, że istnieje wiele form modlitwy i każda z nich praktykowana szczerym sercem jest dobra.* Dzięki nim rośnie w nas zdolność kontemplacji, którą można by także nazwać wizją Boga - poznaniem Boga nie od zewnątrz, nie jako idei, nie jako obiektu naszej wyobraźni, lecz poznanie Boga z bliska, „od środka”, osobiste, poprzez udział w Boskiej miłości. To tak jak byśmy byli wewnątrz rodziny, a nie tylko odwiedzającym ją gościem. Ta rodzina to wspólnota miłości. Przytoczmy tę myśl raz jeszcze. Jesteś częścią Boskiej wspólnoty miłości i poznajesz Boga poprzez uczestnictwo w życiu tej wspólnoty, którą nazywamy Trójcą Świętą, oraz poprzez Jej widzenie. Widzenie rozumiane nie w kategoriach myślenia o Trójcy Świętej, lecz poznawania Jej wszystkimi naszymi władzami postrzegania: umysłowego, fizycznego i duchowego. To dlatego św. Augustyn mówi, że samym celem życia chrześcijańskiego – powodem dla którego odprawiamy mszę, czytamy Pismo Święte, czyli modlimy się – jest „oczyścić oko serca, jeżeli chcemy widzieć Boga” (Komentarz do Listów św. Jana Apostoła 7,10) 

 

Pytanie zatem – czy sama medytacja wystarczy – powinno nam choć trochę towarzyszyć, ponieważ chcemy przy jej pomocy dotrzeć do końca podróży, której celem jest już tylko doświadczenie kontemplacji, doświadczenie Bożego życia przeżywanego od wewnątrz.

 

W Księdze Apokalipsy znajduje się pewien interesujący fragment dotyczący niebieskiego Jeruzalem: „A świątyni w nim nie ujrzałem, bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek. I Miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetliła, a jego lampą – Baranek.” (Ap 21,22-23). To symboliczny sposób przedstawiania celu naszego życia i jego znaczenia.  Św. Jan mówi nam, że niebo nie jest miejscem, które będzie zasilane energią słoneczną. Cała energia, całe niebiańskie światło będzie bezpośrednią emanacją Boga. To, że nie ma w tym mieście żadnej świątyni, oznacza, że w niebie nie ma żadnej religii. Zastanawialiście się nad tym? Brak religii w niebie! Żadnej świątyni, żadnego meczetu, żadnych katedr, ponieważ świątynią jest sam Bóg. Tak Apokalipsa przedstawia kontemplatywne rozumienia życia chrześcijańskiego. To dlatego modlimy się, to powód, dla którego medytujemy i dlatego celebrujemy Eucharystię. To wszystko nastawione jest na ten jedyny cel: oglądanie Boga. Jeszcze nas tam nie ma; jeszcze nie dotarliśmy. Pielgrzymujemy, jesteśmy w drodze. W podróży potrzebujemy towarzyszy. Potrzebujemy innych członków wspólnoty, aby podążali z nami, wspierali nas, zachęcali, pomagali wstać nam i innym, kiedy upadniemy. Mamy współuczestniczyć jako części ciała Chrystusa łączące się w jedno. Mamy wspólnie medytować, aby było to równie piękne doświadczenie każdego tygodnia tak, jak jest nią Eucharystia, uczestnictwo w mistycznym ciele Chrystusa, tu i teraz, w naszym codziennym życiu.

 

Nasza duchowa podróż ma fizyczny wymiar. Nie dzieje się ona tylko w głowie, nie jest abstrakcją. Kiedy medytujemy, poświęcamy czas na przygotowanie naszego ciała. Jako chrześcijanie powinniśmy chwilę dłużej się nad tym zastanowić. Jesteśmy religią wcielenia; wierzymy, że Bóg przyjął ciało podobne do naszego. Ojcowie Kościoła mówili, że aniołowie trochę zazdrościli ludziom tego, że Bóg stał się człowiekiem. Jeśli przyjrzeć się jakiemukolwiek aspektowi naszego życia np. naszym relacjom, naszej pracy, to każdy z nich jest przeżywany w sposób wcielony. Jako istoty wcielone jesteśmy i działamy w ciele. Dlatego nasza medytacja ma zatem także swój wymiar fizyczny. Kiedy spotykamy się co tydzień by medytować, jesteśmy ciałami na krześle, czy na medytacyjnej poduszce. W chrześcijańskim rozumieniu świętości fizyczność ciała jest jej częścią.

 

Ten fizyczny wymiar jest niezbędny w naszej podróży duchowej. Im więcej rozmyślam na temat moich doświadczeń z minionych trzydziestu lat, wydaje mi się, że w miarę upływu lat uległa pogłębieniu bardzo prosta teologia dotycząca medytacji w sensie chrześcijańskim. Wyraża się ona w relacji do Eucharystii. Medytacja i msza są, dla mnie, dwiema stronami tej samej rzeczywistości. Są one, w pewnym sensie, tożsame. Msza jest sakramentem, zewnętrznym znakiem wewnętrznej rzeczywistości. Czym jest ta rzeczywistość, na którą wskazuje? Jest rzeczywistością obecności. Prawdziwej, nie wymyślonej obecności. Faktycznej i pełnej. Eucharystia tak jak wcielona ludzka obecność w medytacji są rzeczywistym doświadczeniem obecności tej samej osoby Chrystusa w naszych sercach. To wewnętrzne i zewnętrzne wymiary obecności. Dlatego im dłużej medytuję, tym więcej miłuję mistyczną rzeczywistość mszy świętej. Zmienia to sposób w jaki ją celebruję. Związek między medytacją i mszą świętą pomaga nam, jak sądzę, utrzymać świeżość naszej podróży.

 

Perfekcjonizm jest pocałunkiem śmierci, ponieważ nie pozwa zawieść, nie daje marginesu błędu. I jeśli rzeczywiście zawiedziesz, wtedy czujesz się winny. Pojawia się zniechęcenie i nieuczciwość. Chcemy ukryć nasze niedoskonałości, nasze błędy czy słabości. Zdarza się nawet, że sami im zaprzeczamy i spychamy je do podświadomości. Wtedy perfekcjonizm staje się bardzo niebezpieczny. Jego zasadzki czychają na nas w każdej praktyce religijnej. Na przykład u katolików często pojawia się w kontekście chodzenia do kościoła i uczestnictwa we mszy świętej. Jak byłem dzieckiem straszono mnie, że jeśli nie będę chodził na mszę w niedzielę, to będę pozostawał w stanie grzechu śmiertelnego. A wszyscy wiemy, czym dla katolika jest groźba grzechu śmiertelnego. Muszę przyznać, że nigdy nie potraktowałem tego z wielką powagą, ponieważ nie mogłem pojąć jak Bóg miłości mógłby wysłać mnie do piekła na całą wieczność tylko dlatego, że w niedzielny poranek zaspałem i nie poszedłem na mszę. To przykład perfekcjonizmu w religii, który nie ma z nią nic wspólnego, a wręcz gubi jej sens. Jeśli chcemy zachować świeżość, jeśli chcemy się wciąż rozwijać, musimy być bardzo wyczuleni na ten rodzaj wirusa perfekcjonizmu. Tak jak w komputerze mamy obronę antywirusową, tak powinniśmy chronić religijną świadomość. Jak tylko pojawia się wirus perfekcjonizmu, trzeba go wychwycić i odizolować, ponieważ może zniszczyć nas jako osobę, okaleczyć wewnętrznie i umysłowo.

 

Czy sama medytacja tu wystarczy? Cóż... Medytacja nas obdarowuje. To wielka łaska, kiedy we właściwym momencie wkracza w nasze życie, gdy ją rozpoznajemy i staramy się podążać za jej podstawową nauką – medytowaniem dwa razy dziennie, każdego dnia. Tak jak kardynał, o którym wspomniałem, możemy nie być w tym perfekcyjni, ale to ścieżka, którą podążamy wiernie. Liczy się wierność. Pamiętajcie o słowach żydowskiej mądrości: ”Bóg nie oczekuje, że nam się powiedzie, ale nie wolno nam się poddawać”. To bardzo piękna wskazówka w stosunku do naszych praktyk duchowych: być wiernym, a nie zadręczać się brakiem perfekcyjnych osiągnięć.

 

W naszym życiu codziennym medytacja otwiera nas na cel, do którego zdążamy. Tak jak Eucharystię, można ją opisać jako przedsmak życia wiecznego, smak jego pierwszych owoców. To jej chrześcijański wkład dla ludzkości. Jest jakąś wielką tajemnicą fakt, że możemy usiąść do medytacji lub przystąpić do mszy świętej z czcią i oddaniem i otworzyć się na doświadczenie niebieskiego Jeruzalem. Możemy doświadczyć, dotknąć i posmakować, posilić się życiem Ducha obecnego teraz.

 

 

 

*Istnieją różne formy modlitwy. Na przykład my, mnisi, spędzamy w ciągu dnia sporo czasu na modlitwach liturgicznych. Wszystkie formy modlitwy prowadzą do czystego doświadczenia Boga. Medytacja nie jest pod żadnym względem lepsza. Nikomu nie mówimy, by nie tracił czasu na odmawianie różańca, na modlitwę brewiarzową. Mówimy jedynie: „Zanurz się w czystym strumieniu modlitwy Jezusa”. Zanurz się w tym strumieniu, używając metod, które ci odpowiadają – czy będzie to różaniec, Droga Krzyżowa, modlitwa brewiarzowa, czy cokolwiek innego. Aby zanurzyć się w strumieniu czystej modlitwy, musimy przekroczyć siebie, musimy pozostawić za sobą ego. Powtarzanie mantry i codzienna dyscyplina modlitwy są znanym w tradycji, i potwierdzonym przez nasze doświadczenie, sposobem kroczenia z Jezusem i przez Jezusa do Ojca.

 

Największy brak zrozumienia tego, czym jest medytacja, można znaleźć wśród osób prowadzących życie zakonne oraz tych, których możemy określić mianem gorliwie praktykujących chrześcijan. Prawie za każdym razem, gdy opowiadam im o medytacji, są zbulwersowani tym, że mają powtarzać mantrę. Mówią wówczas: „To tak, jakbym miał założyć Bogu kaftan bezpieczeństwa, jakbym miał poskromić swoją spontaniczność”. Przyczyną tego nieporozumienia jest to, że nie rozumieją, o co zasadniczo chodzi w modlitwie chrześcijańskiej.

 

Teologia medytacji jest następująca: modlitwa Jezusa to jedyna modlitwa. Musimy zatem zrobić krok do tyłu i przyzwolić na to, by Jego modlitwa ogarnęła nas całkowicie. Kiedy uświadomicie sobie, że modlitwa Jezusa jest Drogą, że jest jedyną Drogą, wówczas stoicie tylko przed jednym zadaniem – macie odpowiednio „wycofać się” i przyzwolić, by Jego modlitwa stała się absolutnie najważniejsza.

 

Nie chcę sugerować, że medytacja jest jedyną drogą, ale raczej, że jest jedyną, jaką znalazłem.

 

John Main OSB

(„Głód głębi serca”, Wydawnictwo WAM)

 

Czytaj też: Formy modlitwy 

  

fot.wccm.pl

Print Friendly and PDF