Czytanie na dziś: Jezus począł czynić wyrzuty miastom, czytaj dalej
Laurence Freeman OSB Konferencje

LAURENCE FREEMAN OSB 

 

Ojciec Laurence Freeman urodził się w Londynie. Uczęszczał do szkoły benedyktyńskiej. Stopień magistra literatury angielskiej zdobył w New College w Oksfordzie. Pracował w ONZ, bankowości i jako dziennikarz, aby ostatecznie wstąpić do klasztoru benedyktynów opactwa Ealing. Czytaj dalej tutaj.

 

 

Czubek góry lodowej

 

Prowadzę wiele spotkań i rozmów na temat medytacji dla różnych grup słuchaczy na całym świecie. Nie spodziewam się, aby każdy, do kogo skierowane są moje słowa na temat medytacji, szczególnie ci, którzy słyszą o niej po raz pierwszy, aby wszyscy oni poderwali się po spotkaniu i wyszli z zamiarem medytowania dwa razy dziennie przez resztę dni swojego życia. Niektórzy być może, nie zrozumieli ani słowa z tego, co powiedziałem; nie słuchali lub nie znaleźli się we właściwym miejscu i czasie. Inni, z kolei może i usłyszeli, zrozumieli, byli za nie wdzięczni, ale zapomnieli o nich szybko. Są też tacy, którzy spróbują, ale zrezygnują i może kiedyś zaczną od nowa. Pozostali, a ci są w znakomitej mniejszości, zaczęli medytować i starają się wytrwać w jej dyscyplinie najlepiej jak potrafią. I nie ma w tym wszystkim niczego, czemu należałoby się dziwić. To jest tak, jak w przypowieści o siewcy i ziarnie. Sami dobrze wiemy, że my też nie zawsze odpowiadamy na sytuacje i szanse w życiu, w takim stopniu, w jakim moglibyśmy to zrobić. W pewien sposób pocieszam się, że przynajmniej dobrze, że moi słuchacze dowiedzą się o medytacji chrześcijańskiej, o istnieniu takiego wymiaru modlitwy w naszej tradycji. Jest to jak gdyby obdarowywanie ich nowym horyzontem, poszerzaniem ich pola widzenia. Usłyszeli o medytacji i nawet jeżeli nie zupełnie się z nią zgadzają, rozumieją ją lub praktykują, to przynajmniej o niej już wiedzą i to, jak sądzę, zmienia lub zmieni ich sposób patrzenia na modlitwę. 

 

Nasze zadanie w powołaniu chrześcijańskim polega zasadniczo na tym, że wszyscy jesteśmy wezwani, aby głosić Słowo Chrystusa. Każdy na swój sposób, to nasza misja. Jest to pewien przywilej, który wnosi do naszego życia szczególny entuzjazm i radość. Oto nawet my, bardzo niedoskonali chrześcijanie i niedoskonali uczniowie, mamy udział w Jego misji. Pamiętajmy, że zadanie to jest głoszeniem Słowa, a nie nawracaniem ludzi. To bardzo ważne rozróżnienie i my jako Kościół, musimy zawsze o tym pamiętać. Jeśli spojrzymy wstecz na historię Kościoła, to znajdziemy tam okresy, kiedy zmuszał on ludzi do przyjęcia chrześcijaństwa. Takie panowało wówczas błędne rozumienie wypełniania polecenia Chrystusa: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.(Mt 28, 19). Dziś wiemy, że nie chodzi tylko o sam zewnętrzny rytuał. Chodzi o otwarcie i przemianę serca.

 

Podobnie, kiedy mowa o medytacji, wszystko, co możemy zrobić to wyrazić jej przesłanie tak jasno, jak to możliwe, tak umiejętnie, jak tylko potrafimy. Powinniśmy wykorzystywać nasze umiejętności i rozwijać je, jakiekolwiek by one nie były. To twój talent. Musimy rozwijać nasze talenty i używać ich najlepiej jak potrafimy. Wtedy nie musisz się już dłużej martwić, czy mówisz do dwóch, trzech, a może do dwustu lub trzystu osób. Jedni lepiej sobie radzą z występowaniem przed dużą grupą, inni przed małą. Nie ważne – na rynku duchowości też są wzrosty i spadki. My musimy być wierni powołaniu. Taka jest nasza strategia, nasze nastawienie przez ponad trzydzieści lat WCCMu i dzięki temu nasza wspólnota rozwija się w wielu częściach świata. Mógłbym tu zacząć wyliczać w jak wielu krajach medytacja jest obecna, ile mamy grup medytacyjnych, ile centrów medytacji, ile wydajemy książek... Jest jednak i inna strona tego zagadnienia, która pokazuje, że grupy mogą się rozpaść a wspólnotę dalej tworzą ludzie głęboko dotknięci jej przesłaniem. Czasami grupy się nie rozwijają. Jednak jeżeli popatrzymy na to w dłuższej perspektywie czasu, wygląda to już trochę lepiej. Od lat obserwuję, iż bywa tak, że jakaś nasza krajowa wspólnota pogrąża się. Traci dobre przywództwo, coś się nie udaje i wydaje się, że grupy jakby traciły żywotność. Wciąż są, ale można by powiedzieć językiem biznesu, przynoszą niskie dywidendy w porównaniu z inwestycją. Raptem jednak, być może nawet po kilku latach, wyłania się nowe przywództwo, pojawia się „świeża krew”. Coś się wydarza i grupa albo wspólnota się odradza. Ważne jest, aby dostrzec ten aspekt. Takie jest życie dużej wspólnoty, widać to też na przestrzeni wieków w życiu  Kościoła. Sądzę więc, że w waszych grupach powiniście mieć taką długofalową perspektywę. Pamiętajcie również, że ludzie mogą przyjść na dwa, trzy spotkania i możecie ich już więcej nie zobaczyć. Myślicie wtedy: „Jaki popełniłem błąd? Może coś źle powiedziałem, zapomniałem powiedzieć….” Tego, jednak nie wiecie. Spotkałem liderów grup, którzy mówili, że mieli osoby, które przestały przychodzić na spotkania, a później odkrywali, że te osoby medytowały same każdego dnia. Mówiły: „Nie mogę dłużej przychodzić na grupę, jestem zbyt zajęty; zbyt wiele rzeczy dzieje się w moim życiu. Ale medytacja wkroczyła w moje życie i jestem ci za nią bardzo wdzięczny”. Pamiętajmy zatem o tym. Grupa jest jak czubek góry lodowej; jej 9/10 znajduje się pod powierzchnią wody.

 

 

 

 

fot.wccm.pl

Print Friendly and PDF