Jest noc, jasny księżyc na niebie... samotny wędrowiec potrzebuje przewodnika, bo każdy następny krok grozi upadkiem w otchłań. Jest takie malowidło w zen: strumień światła pada na powierzchnię wody, oświetla jej głębinę, ale w żaden sposób nie zmienia dynamiki jej ruchu. Obecność Boga w świecie oświetla świat, ale nie zmienia praw jego fizyki. Z tego względu księżyc nie świeci z jakiegokolwiek powodu.
Natura jest obojętna na naszą obecność. Prawa fizyki są prawami Boga i Bóg ich nie nagina tak, aby deszcz nigdy nie padał na naszą procesję w Boże Ciało. Uczono nas modlić się: „Boże, przyjdź nam z pomocą”. Tymczasem jeżeli założymy, że Bóg interweniuje w sprawy ludzkie, to przed nami wiele, wiele pytań bez odpowiedzi: „Dlaczego dobry Bóg pozwala na zło, dlaczego właśnie mnie to musiało się przytrafić?”. Założenie obojętności natury wobec nas – a przez to w pewnym sensie obojętności Boga – rozwiązuje bardzo dużo pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi. Nie mam na myśli, że Bóg nie istnieje, że Bóg nas nie kocha, że Jego Opatrzność nie czuwa nad światem. Jednak jeżeli przyjmiemy, że Bóg nie koliduje z szeroko pojętymi prawami natury, to znika wiele dwoistości czy dwuznaczności w naszym życiu i wierze. Przecież jest to dla nas jasne, że zanim wypłyniemy łodzią na ocean, to lepiej nauczyć się sztuki żeglowania, bo Bóg nas nie uratuje podczas sztormu. Ocean nie jest naszym wrogiem, ale jest bezlitosny wobec naszej lekkomyślności. Wiemy, że jeśli wydamy wszystkie pieniądze, to zostaniemy z pustym portfelem. Bóg nie zrekompensuje w cudowny sposób naszej rozrzutności i głupoty. Iris Murdoch twierdzi, że ten wgląd to po prostu proces dojrzewania, nic innego jak dojrzewanie. Nie ma tu nic niezwykłego do odkrycia.
fot. Magdalena Ziółkowska